Dawno jak widzicie nie było nowej notki. Szkoła...nauka...i wiele innych obowiązków. Mam też wiele zaległości na innych blogach, no i oczywiście jako czytlniczka wielu innych blogów muszę ponadrabiać wiele. Nowa notka jak przewidują prognozy powinna pojawić się w przyszły weekend. O ile w wakacje notki pojawiały się często (co nie raz było podkreślane w komentarzach), teraz będę się starała by pojawiły się przynajmniej dwie na miesiąc. Nie jestem pewna czy mi się to uda, ale wróciłam do normalnego życia w którym brakuje mi...
...
czasu. Pozdrawiam wszystkich!
Rhiannon
Nastrój:
tagi:
Jestem z siebie dumna. Wkleiłam button! Oklaski naprawdę nie są konieczne.
Wakacje mijają mi szybko, zdecydowanie za szybko. Niedługo wyjeżdżam znowu na dwa tygodnie i tym razem bardzo nie chce jechać. Jednak mus to mus... cóż innego zrobić. Obecnie leczę się z lekkiego przeziębienia (kąpiel w ubraniu w jeziorku o godzinie trzeciej nad ranem NIE zawsze jest dobrym pomysłem). A jak Wam mijają wakacje? Pozdrawiam wszystkich, którzy czytają tę moją urojoną historię.
*chciałam przeprosić za błędy- obiecuje poprawić. Zrobie to jak najszybciej i kiedy tylko znajdę chwilkę. -****-
Małe miasteczka mają swój klimat. Specyficzny. Nikt nie dziwi się jeśli środkiem drogi idzie koń i każdy każdego zna. Wszyscy uśmiechają się grzecznościowo na swój widok. Inni „zabijają” wzrokiem swoich odwiecznych wrogów. Ich ojcowie też mogli się nienawidzić, a wcześniej dziadkowie. Tak... zdecydowanie Little Daily było takim właśnie miasteczkiem.
W powietrzu nie czuć było denerwującego zapachu spalin, zastąpił go typowy zapach gospodarstw. Mieszanina gnoju i najróżniejszych roślin uprawnych.
Słońce grzało niemiłosiernie, paliło nas w plecy. Żałowałam, że miałam na sobie czarny podkoszulek. Nasze bagaże były zdecydowanie za duże i nie budziły zaufania w oczach ksenofobicznych mieszkańców. Chwile znosiliśmy nieprzychylne spojrzenia ale w końcu zaszyliśmy się w jakimś mniej widocznym miejscu i pozwoliliśmy Remusowi zmniejszyć wszystko. Cały nas dobytek został zamknięty w skórzanym plecaku, który teraz niósł z dumą James.
Denerwowało mnie wszystko...denerwował mnie śpiew ptaków...i ten okropny zapach... a zwłaszcza to, że zwlekaliśmy.
Ludzie gdy tylko pozbyliśmy się wielkich toreb zaczęli się od razu odnosić do nas inaczej. Wrogość z ich spojrzeń zniknęła jak za dotknięciem różdżki. Rozejrzałam się po głównej i chyba jedynej ulicy miasteczka. Był na niej kościół i jeden sklep spożywczy. Duży ceglany budynek w którym musiał mieścić się Urząd Miasta i w tym samym policja i notariusz, który w takich miejscach musiał mieć wiele zajęcia. Była drewniana szkoła podstawowa z gimnazjum. Mały kiosk z narzędziami... nigdzie nie widać było pracowni ceramicznej.
-Szukacie czegoś?- przerwała moje rozmyślenia wychudzona staruszka, która obserwowała już naszą czwórkę od jakiegoś czasu.
-Szukamy kogoś nazwiskiem Owens.- oznajmił uprzejmie Lupin, kłaniając się lekko. Staruszka zmarszczyła się na chwile jeszcze bardziej a w jej niebieskich oczach pojawił się wysiłek.
-Nie...nie przypominam sobie kogoś takiego.- odparła po chwili zastanowienia. Zamrugałam.
-Słucham? Musi tutaj mieszkać! Wyrabia garnki!- zawołałam nieco zbyt nerwowo, staruszka chwile wpatrywała się we mnie.
-Powinien mieć tu pracownie ceramiczną.- podpowiedział Syriusz, James chyba zaczął tracić cierpliwość. Przestąpił z nogi na nogę i próbował nie wybuchnąć.
-Jedyną osobą robiącą garnki w tej okolicy jestem ja, młody człowieku.- odparła kobieta wstając z ławki i otrzepując szarawą sukienkę. Faktycznie to co z początku wzięłam za błoto były chyba gliną. Kobieta miała nią umorusane całe ubranie.
-Bernie Owens...musi go pani znać.- wyszeptałam czując jak grunt powoli osuwa mi się spod stóp. Syriusz przytrzymał mnie nieco bym nie upadła na ziemię.
-Dzieci mieszkam tu od siedemdziesięciu ośmiu lat i nigdy nie słyszałam o kimś takim.- ucięła sucho.
-Ale on musi tutaj mieszkać!- zdenerwował się Potter ruszając w stronę staruszki, kobieta cofnęła się o krok jakby obawiając się ataku. Chwile obserwowała nas po czym na jej twarz wpłynął grymas mogący przypominać uśmiech.
-Może wpadniecie na herbatkę, co? Jestem pewna, ze wam to dobrze zrobi. Kto wie...może ten wasz Owens się wyprowadził albo zmarł?- zastanowiła się, zadrżałam. Jedyna osoba mogąca wiedzieć cokolwiek o tych przeklętych lustrach i Alice miała by leżeć już martwa? Czy ta tajemnica miała zabrać kolejnego niewinnego człowieka do grobu?!
Spojrzałam na chłopaków szukając jakiejś pomocy. Jakiegoś pomysłu.
-Może sobie Pani coś przypomni...- szepnął z nadzieją Remus, staruszka uśmiechnęła się tylko słabo. I zaczęła iść prosto przed siebie piaszczystą drogą.
-Dawno nie miałam gości. Mam nadzieję, ze nie będzie przeszkadzał wam bałagan.- odparła. Ruszyliśmy za nią, bardziej dlatego, ze nie wiedzieliśmy co innego zrobić. Pomysły chwilowo nam się wykończyły. Więc po prostu wykonując jej polecenie ruszyliśmy za nią.
Droga była wysuszona na wiór i była całkowicie pusta. Zarówno po prawej jak i po lewej stronie widać było zboże, za nami zostawały jedyne zabudowanie Little Daily.
-Dorcas...nie martw się, na pewno coś wymyślimy.- pocieszył mnie James.
-Zawsze możemy zaczaić się na tego Avarego. Może coś wie.- dodał Syriusz, poczułam się nieco lepiej. Czyli mamy wciąż jakiś punkt zaczepienia. Odetchnęłam jeszcze raz, słońce chyba zaczynało spiekać mi plecy. Gdy już zaczęły boleć mnie nogi i zaczęłam się zastanawiać jak ta staruszka może iść bez śladu zmęczenia zobaczyłam dom. Wyłonił się jakby znikąd, zrobiony z tej samej czerwonej cegły co ratusz i kościół w mieście. Wyglądał na niesamowicie stary, dach pokrywany przez jeszcze stare dachówki po prostu musiał przeciekać. Dom ogradzał drewniany płot mogący być niegdyś zielony, teraz farba zbyt zniszczona przez czas, wilgoć i słońce stała się szara. Po przejściu dwóch schodków staruszka otworzyła nam drzwi na oścież. Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni.
-Dawno nie miałam gości.- powtórzyła zachęcająco staruszka. Coś w jej głosie kazało mi wejść. Za mną chcąc, nie chcąc weszli chłopcy z nieco nietęgimi minami. Korytarz był zaskakująco surowy. Spodziewałam się zapachu stęchlizny i starych zdjęć oraz wyliniałego dywanu. Zapach- owszem był, jednak białe ściany pozostawały tylko białymi ścianami. Podłogę pokrywały stare panele.
W kuchni było zaskakująco czysto, staruszka otworzyła okno i posadziła nas przy dębowym stole , sama zaczęła gotować wodę na herbatę. Postawiła przed nami parujące kubki i usiadła naprzeciw nas. Zmierzyła nas wyjątkowo badawczym spojrzeniem.
-No...mówicie, że szukacie tego Owensa, co?- zapytała, upiłam łyk gorącego płynu.
-Tak... Mieliśmy nadzieję, że opowie nam o czymś.- odpowiedział Syriusz rzeczowo. Staruszka zaśmiała się. Chyba dawno nie miała ochoty z kimś tak po prostu porozmawiać.
-O czym chłopcze? - zagadnęła.
-O Alice Meadowes.- odparłam zgodnie z prawdą, staruszka zatrzymała swój wzrok na mnie a na jej twarzy nagle pojawiła się zmiana. Jej wcześniej łagodne rysy, wyostrzyły się a oczy stały się niepokojąco ciemne. Złość wpłynęła na jej twarz niemal natychmiast, wstała i nerwowo wytarła stół. Ścierała chwile tę urojoną plamę.
-Meadowes, mówisz?- zapytała cicho. Zmarszczyłam brwi.
-Co Pani o niej wie?- szepnął Potter sucho. Staruszka wyjątkowo nieprzekonująco udała zdziwienie.
-Też tu mieszkała?
-To bardzo ważne, proszę nam powiedzieć wszystko co pani wie!- wykrzyknęłam wychylając się w jej stronę.
-Nie, nic nie wiem.- zaoponowała, kręcąc głową jakby zastanawiając się jak uciec.
-To nie jest wasza sprawa.- dodała cicho
-To JEST nasza sprawa!- oburzył się Syriusz
-Ten Owens jest naszą ostatnią nadzieją. Musi nam pani powiedzieć co wie.- spróbował przemówić jej do rozsądku Remus.
-Owens nie jest żadną nadzieją.- zaskrzeczała staruszka podrywając się z miejsca.
-Alice jest moją siostrą!- uderzyłam pięścią w stół, starsza kobieta opadła na stołek z rozszerzonymi oczyma.
-Śmie mi Pani mówić, ze nie mam prawa o nią pytać?- dodałam szybko, nieco za ostro. Staruszka chwile się wahała. Wyjęła z kieszeni drewniany patyk. Odruchowo się cofnęłam.
-Jest Pani....czarownicą?- zapytał cicho Syriusz, staruszka puknęła się różdżką w głowę.
-Więcej...jestem czarodziejem.- odpowiedział mu zupełnie inny głos od tego należącego do kobiety. Jej szczupłe ramiona rozszerzyły się i jej sylwetka wydłużyła. Szczęka wyciągnęła się i nabrała kwadratowych kształtów. Siwe włosy zaczęły wciągać się przez skórę z powrotem do głowy a na ich miejscu pojawiły się resztki rudych kędziorków. Jedynym co pozostało po staruszce były oczy...niebieskie oczy.
-Owens, tak? Bernie Ownes?- wyszeptałam, mężczyzna zerknął na okna i machnął różdżką. Momentalnie ciężkie zasłony odcięły nas od świata, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Zakaszlałam.
-Siostra Alice, mówisz...- powiedział wolno jakby o czymś rozmyślając.
-Znał ją pan?- zapytał Syriusz, Owens uśmiechnął się lekko i rozłożył ręce.
-Grzechem było by skłamać.
-Czyli wie pan coś o jej zniknięciu?- zdziwił się James, mężczyzna popił łyk herbaty jakby nad czymś dumając.
-Nie wiele...jednak znam jeden szczegół, który myślę, że warto było by poznać. - uniósł oczy by sprawdzić czy go słuchamy.
-Znam powód jej zniknięcia.- wyjaśnił. Zapadła cisza pełna napięcia. Nasz rozmówca spokojnie upił kolejny łyk herbaty.
-Jest tylko jedna rzecz na tym świecie, która jest w stanie zmusić kobietę do wszystkiego.- kontynuował.
-Co na przykład?- wykrztusiłam. Usta Berniego rozciągnęły się w uśmiechu.
-Miłość, moja droga...miłość.
*-*-*
Proszę zjedź to.- jęknęła Dorcas Meadowes nachylając się nad małym chłopczykiem. Dziecko odwróciło głowę od jej własnoręcznie przygotowanej zupki. Kobieta nie mogła go winić, była tragiczną kucharką.
-Przysięgam, że następnym razem zrobię dobrą.- obiecała, mały Teddy Lupin spojrzał na nią tym razem wielkimi zielonymi oczami.
-Marfefkową?- dopytał się, kobieta uśmiechnęła się lekko.
-Tak, marchewkową.- odparła przyciskając dłoń do swojej piersi. Malec spojrzał podejrzliwie na zupę ale przełykał dzielnie kolejne łyżki.
Mała kuchnia Dorcas chyba nigdy wcześniej nie była taka brudna. Kobieta nigdy nie gotowała. Rzadko również jadała. Zwykle w biegu zapominała o kolejnych posiłkach, a potem głód budził ją w nocy. Po raz pierwszy od wielu lat była zmuszona do gotowania i zjadania regularnie posiłków. Nie umiała zajmować się dziećmi. Dała malcowi kredki i blok. Na szczęście Tedy nie był rozpieszczony i natychmiast zajął się tym co było w domu. W ten sposób szpilki Meadowes zostały zmienione w samochody i sama kobieta transumutowała coraz więcej sprzętów domowych w najróżniejsze zabawki. Kto by pomyślał, ze małe dwupokojowe mieszkanie, nigdy tak czyste i rzadko używane może wyglądać jak po wybuchu bomby.
Rozmyślenia Dorcas przerwał dzwonek do drzwi, odłożyła ścierkę na stół i poszła otworzyć. Nacisnęła klamkę nie bawiąc się nawet w sprawdzenie któż to chciał sprawić jej wizytę. Za drzwiami stał wysoki mężczyzna w okularach, zza których patrzyły na nią oceniające zielone, migdałowe oczy. Oczy niegdyś należące do Lilyan Evans. Blizna na czole, była niezbyt skutecznie ukryta za czarną grzywą.
-Dorcas Meadowes?- zapytał Harry Potter, nie mogąc zrozumieć czemu kobieta tak zamarła. Wiedział, że był sławny ale... Brunetka potrząsnęła głową jakby budząc się z jakiegoś snu.
-Nie spodziewałam się, że tak szybko Cię spotkam, Harry.- powiedziała w końcu wpuszczając go do środka. I on i ona mieli sobie wiele do opowiedzenia.
Rhiannon
Nastrój:
tagi:
Uwaga, uwaga!
Może pytanie głupie i mnie trochę kompromituje, ale... jak u diabła wikleić baner na swojego bloga? Prosiłabym o pomoc
;) Nowa notka powinna być pojutrze, albo jutro w nocy...to znaczy dziś (już po północy).
Pozdrawiam czytelników
Rhiannon
Nastrój:
tagi:
Zapadał zmrok, ciemność powoli opadała kurtyną nad Londynem. Dorcas Meadowes wpatrywała się w swoje łóżko w którym drzemał mały chłopiec. Łzy spływały po jej policzkach i nie chciały przestać. Ten chłopiec...jakże podobny był do ojca. Ta mała twarzyczka sprawiła, że do jej świadomości przebijały się kolejne wspomnienia z wyjątkową siłą.
Gdy siedzieli całą grupą pod gruszą na błonach Hogwartu, gdy przechadzali się ulicą Pokątną...gdy pocieszali ją gdy płakała z jakiegoś nieznanego jej powodu. Na tych obrazach wydawała się sobie dziwnie obca. Tak jakby ktoś pokazał jej film o kimś zupełnie obcym, a jednak jej uczucia były prawdziwe. Kochała ich...kochała ich wszystkich. Dopiero teraz gdzieś w niej pojawił się głęboki smutek, który miażdżył jej serce błagając by przestało bić. Kochała ich tak mocno...a teraz gdy już wreszcie wróciła po tylu latach nikt już na nią nie czekał. Umarli...wszyscy umarli.
*-*-*-*-*
Szliśmy główną ulicą Penzance, mijając wielki bilbord zatrzymałam się zaskoczona i zrobiłam parę kroków w tył. Uważnie przeczytałam datę.
-Black czy mi się roi, czy zakończenie roku było wczoraj?- zapytałam ostrożnie, Syriusz wyszczerzył w odpowiedzi swoje równe ząbki.
-Owszem Dorcas było. Czy coś Cię nagle...zabolało?- zapytał z sadystyczną przyjemnością obserwując jak się krzywię. Wiedział o co mi chodziło...chodziło mi o...
-Rogaczu!- zawołał Black nagle podchodząc do wysokiego czarnowłosego chłopaka w okularach, którego wcześniej nie zauważyłam. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech i uścisnęli się serdecznie. Tak...chodziło mi właśnie o nich.
-James!- zawołałam tylko i rzuciłam się mu na szyję z taką siłą, że dziwnym stał się fakt, ze stoi.
-Jak tam Lunio? Znalazłeś coś ciekawego?- zapytał Łapa, dopiero teraz dostrzegłam Remusa, powtórzyłam moje powitanie natychmiast ściskając przyjaciela, na którego policzki wpłynęły lekkie rumieńce.
-Boże jak się cieszę, że Was widzę.- jęknęłam o dziwo zgodnie z prawdą. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Moje uczucia do Syriusza mogło ponownie zostać zagubione pośród wszystkich innych jakimi darzyłam całą ich paczkę. Mogłam ponownie ignorować fakt, że w jakiś dziwny sposób stał się dla mnie wyjątkowy.
-Czy coś się wydarzyło jak nas nie było?- zapytał James, natychmiast odwróciłam wzrok by uciec przed jego orzechowym spojrzeniem. Nikt niestety nie znał mnie tak dobrze jak Potter. Zmarszczył brwi.
-Pisałem Ci o Owensie, nie?- zapytał Łapa, Rogacz skinął głową.
-Szperałem o nim trochę i wydaję mi się, że mogę go znaleźć. O ile się nie mylę mieszka w jakiejś małej wiosce na południu. -zauważył Remus nie mogłam opanować uśmiechu. Czyli byliśmy jednak coraz bliżej. Coraz bliżej Alice.
-Powinniśmy jeszcze posprawdzać parę faktów w bibliotece, w końcu ile razy będziemy mieć taką okazję.- uprzedził mnie Remus gdyż już zaczęłam planować wyjazd. Skrzywiłam się tylko. Tak bardzo nie chciałam czekać, jednak Lunatyk miał rację. Należało dowiedzieć się tyle ile tylko mogliśmy.
-A tak właściwie gdzie wasze bagaże?- zainteresowałam się orientując się, że czegoś mi w ich sylwetkach brakuję. James chwile uśmiechał się tępo.
-U Was w hotelu.- zakomunikował mi obserwując jak rumienie się mimo woli. Czyli zdecydowanie musiał zauważyć, że...
-Mogliście zaprosić mnie na ślub, na pewno byłbym świetnym drużbą. -dodał.
-Zaprosimy Cię na jakąś rocznicę.- pocieszył go Black sprawiając, że zdenerwowałam się coraz bardziej. Byłoby to dla mnie zabawniejsze gdyby nic się nie wydarzyło. Syriusz zdawał się tym zupełnie nie przejmować a na jego twarzy nie zagościła ani jedna zmarszczka. Po raz kolejny przeklęłam go w myślach kiedy ruszyliśmy do wspomnianej już biblioteki.
Tam zostałam bezczelnie poinformowana, że po prostu NIE UMIEM szukać potrzebnych informacji. Remus, który znalazł się w swoim żywiole zatracił się niemal całkowicie pomiędzy wysokimi pułkami ze starymi tekstami. Sekundę obserwowaliśmy nieopisane szczęście na jego twarzy i sami zajęliśmy się mozolnym grzebaniem w zbiorach.
-McFilan nadworny medyk/mag Edgara I, zmarł w 970 roku spalony na stosie przez chrześcijan, za praktykowanie magii. Uważany za jednego z najpotężniejszych czarodziei tamtych czasów. Był jednym z nauczycieli Merrego Linsa- słynnego i potężnego Merlina. Edward Filip McFilan wniósł wiele do ksiąg magii, odkrył antidotum na ugryzienie czarnościska, opracował także miksturę chroniącą przed wampirami. Jego rzekome zainteresowanie Czarną Magią przeszło do historii. Podejrzewany o stworzenie legendarnego Lustra, mającego mieć własną wolę i zamieszkałe przez tajemnicze stworzenia zwane Odbiciami. - przeczytał Remus po niespełna dwóch godzinach, zamrugałam zaskoczona. Przeglądałam książkę, którą miał na kolanach i nie znalazłam tam absolutnie nic! Nagle dotarł do mnie sens jego słów.
-To on stworzył Odbicia?- zapytałam, Lunatyk przytaknął. Dlaczego? Dlaczego Alice miałaby kraść Lustro zamieszkałe przez potwory? Po co było jej potrzebne to zaginione przed laty zwierciadło? Nigdy przedtem nie wykazywała żadnego zainteresowanie starymi historiami. Po raz kolejny rozbolała mnie głowa. Tego wszystkiego było jednak za dużo.
-Dorcas dobrze się czujesz?- zapytał James, spoglądając na mnie z niepokojem. Uśmiechnęłam się słabo.
-Tak, pójdę się napić kawy. Przynieść komuś?- zapytałam pragnąc nagle tylko jednego. Wyjścia stamtąd.
-Mi możesz przynieść czarną i niesłodzoną. -odparł Black jak zwykle nie orientując się, ze zadałam to pytanie tylko z grzeczności. Ruszyłam stukając butami o kamienną posadzkę. O dziwo faktycznie gdy tylko opuściłam tamtą salę poczułam się lepiej. Odetchnęłam pełną piersią. Alice musiała mieć swoje powody. Musiało stać się coś ważnego.
Powolnym krokiem, nie śpiesząc się ruszyłam do sklepiku zajmując swoje myśli czymś tak trywialnym jak pytanie czy cztery sykle wystarczą na dwie filiżanki napoju. Nagle zwolniłam jeszcze bardziej. Zimny wiatr uderzył mnie w twarz zatrzymując. Pewnie gdyby nie ten tajemniczy powiew nigdy bym nie zwróciła uwagi na dwoje mężczyzn rozglądających się po korytarzu. Jeden z nich był wysoki i szczupły, drugi postawny z nieco tępym wyrazem twarzy i pustych oczach. Tego pierwszego jednak już kiedyś spotkałam. Na sekundę ponownie wróciłam do londyńskiej uliczki w której zobaczyłam ostatnio twarz tego mężczyzny. Avary...śmierciożerca. Zrobiłam krok do tyłu i odwróciłam się modląc się by mnie nie zauważyli. Szybko ruszyłam w stronę czytelni, nagle drzwi po mojej prawej uchyliły się i czyjeś dłonie złapały mnie w pasie. Zanim zdążyłam zaprotestować wciągnęły mnie do środka i przysłonił usta by stłumić moje protesty. Zajęło mi chwile by przyzwyczaić oczy do mroku panującym w tamtej sali jednak chyba najpierw rozpoznałam napastnika po zapachu płynu pod prysznic. Syriusz Black z zdecydowanie za poważną twarzą trzymał mnie mocno, drugą ręką trzymając w pogotowiu różdżkę. Zanim z identycznym grymasem na twarzy stał James, Remus próbował szybko schować do swojej torby jakieś pergaminy.
-Uspokoiłaś się?- szepnął Syriusz puszczając mnie. Odetchnęłam głęboko.
-Avary...widziałam go przy kawiarni.- wydyszałam, Black prychnął.
-Cholera...czyli jest ich czworo.
-Jak to czworo? Widziałam dwóch.
-Czyli pięcioro. - Zamrugałam i spojrzałam na Syriusza żądając wyjaśnień. Przez moje ciało przechodziły chłodne dreszcze, które niezawodnie informowały mnie o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
-Widzieliśmy trzech w bibliotece. Czemu mi nie powiedziałaś, ze Malfoy tu jest?- syknął James, jęknęłam w odpowiedzi. Zapomniałam. Czyli Lucjusz był jednym z nich? Zrobiło mi się nagle z jakiegoś powodu smutno. Mogłam się tego spodziewać. W końcu poglądy Voldemorta idealnie zlewają się z przekonaniami tego zimnego drania. Na korytarzu dało słyszeć się najróżniejsze kroki i rozmowy. Wszystkie przytłumione przez drzwi mogły należeć do naszych prześladowców. Czego od nas chcieli? Czy już wiedzieli, że szukamy mojej siostry?
-Musimy się stąd wydostać. -zdecydował Syriusz, zerkając na zegarek. Najwidoczniej jemu również nie podobało się siedzenie w tej komórce podczas nie mieliśmy nawet pojęcia czy śmierciożercy nie odeszli.
Nagle coś poruszyło klamką, wstrzymaliśmy oddech. Moje serce przestało na jedną chwile bić by w drugiej zacząć wygrywać szalony rytm. Z trudem opanowałam się by ze strachu nie zamknąć po prostu oczu. Mrok w komórce rozświetliło dzienne światło. Oślepiło mnie na sekundę jednak szybko straciło to znaczenie. W szparze drzwi stał wysoki blondyn. Jego zimne oczy prześlizgnęły się po naszych postaciach zatrzymując się na sekundę na Syriuszu i Potterze, tak by w końcu skończyć na mnie. Usta Lucjusza ułożył się w złośliwym uśmiechu. Mijały kolejne ułamki sekund podczas gdy on delektował się tym jaką miał władzę. Decydował o naszym życiu a ta świadomość musiała nieziemsko nakręcać jego samoocenę.
-Malfoy są tam?- usłyszałam kolejny głos, jakiś mężczyzna zbliżał się do nas. Coś mignęło w oczach Lucjusza.
-Nie...tu też ich nie ma.- powiedział zimno, uśmiechnął się lekko i zamknął na powrót drzwi. Opadłam zaszokowana na kolana. Nie powiedział...Z trudem próbowałam złapać oddech ale obawiałam się, ze zapomniałam jak to się robiło.
-Co to za facet?- zapytał w końcu również nie rozumiejąc Black. Jednak ja powoli zaczynałam pojmować.
-Jest śmierciożercą i nas nie wydał. Tacy skurwiele jak on na pewno mają swoje powody.- mruknął Remus zaskakując mnie nieco swoim słownictwem, James uśmiechnął się smutno patrząc na mnie.
-I miał....Dorcas.- powiedział. Jego słowa zdawały się być zdecydowanie głośniejsze w mojej głowie. Tak...zdecydowanie Lucjusz upomni się o moją wdzięczność. I nie miałam wątpliwości, że nastąpi to niedługo.
*-*-*
Jeszcze tego samego dnia zebraliśmy nasze rzeczy, spakowaliśmy się i ruszyliśmy na przystanek autobusowy. Tak...mugolski przystanek autobusowy. Wymagało to nie lada wysiłku (trzeba było na przykład trzymać Jamesa, bo w starciu z jakimikolwiek mugolskimi rzeczami po prostu wymiękał), ale udało nam się jakoś wpakować na swoje miejsca. Obserwowałam jak za szybą znikają poszczególne budynki a wreszcie jak mijamy znak informujący o końcu Penzance. Drzewa tracił swoje kontury przez prędkość, która była i tak za wolna. Jednak pewnie nawet Błędny Rycerz byłby teraz dla mnie za wolny. Owens miał mieszkać w „Little Dally” gdzie miał zajmować się wyrobami ceramicznymi. Nikt nie wiedział o nim nic oprócz tego, że nie umie robić garnków. Nie była to jednak przydatna informacja.
-O czym myślisz?- zapytał Black.
-O ceramice.- odparłam, Syriusz zaśmiał się krótko.
-Wiesz, że jesteś antytalentem do wszelkich rodzajów sztuki?- upewnił się, spojrzałam na niego z wyrzutem.
-Moje laurki na święta były prześliczne.- ubożyłam się.
-Jak na Ciebie były cudowne, jednak może chcesz poćwiczyć trochę z małym kuzynem Jamesa? Ma pięć lat i jestem pewny, że możesz się wiele od niego nauczyć.
-Jesteś okropny.- odparłam, poczułam jak jego ciepła, duża dłoń zaciska się na mojej. Odwzajemniłam uścisk wpatrując się nadal w okno. Z każdą chwilą, z każdą sekundą zbliżałam się do mężczyzny mającemu udzielić mi odpowiedzi.
*-*-*
Lucjusz Malfoy wpatrywał się w fale uderzające z łoskotem o skały wybrzeża. Myślami był gdzieś daleko choć krążyły wokół jednej osoby. Obserwował niespokojną wodę i poprawił drogą marynarkę.
Czy mu się zdawało czy też przy Niej był ten wydziedziczony Black? Ten gówniarz! Lucjusz prychnął zdenerwowany. Nic dziwnego...ten zdrajca swojej rodziny był przyjacielem Pottera. W sumie uzbierała się całkiem niezła gromadka w tej bibliotece. Jakże chętnie wydał by ich Avaremu! Tamten kretyn zamordował by ich w sekundę. Czemu ona musiała być tam z nimi? Zaklął cicho.
Nagle coś zapiekło go w ramię, skrzywił się nieznacznie,orientując się bez większego wysiłku co też go zabolało. Jego Pan go potrzebował. Potrząsnął głową starając się wyrzucić w niego wspomnienie Dorcas Meadowes, Czarny Pan powinien o niej na razie nie słyszeć. Dość, że tamten głupek zaczął na nią polować. Swoją drogą co za nierozsądna dziewucha! Mogłaby przynajmniej postarać się działać dyskretniej. Zapomniał jej jednak powiedzieć to po co właściwie tutaj przyjechał aż ze swojego wygodnego gabinetu w Ministerstwie Magii. Zapomniał jej powiedzieć by trzymała się z daleka od wszelakiego rodzaju...luster.
Rhiannon
Nastrój:
tagi:
Wysoka blondynka wpatrywała się w przestrzeń i nie widziała absolutnie nic. Szklane ściany będące niczym skute lodem. Chłodna posadzka, której jednak nie sposób było dotknąć. Nie sposób sprawdzić, czy istnieje. Coś jednak musiało być pod jej stopami. Kobieta wodziła palcem po szkle. Twarz jej zastygła bez wyrazu. O czym myślała? Czy o czymś w ogóle myślała? Serce ściskała jej niewidzialna ręka, a w oczach nie pozostała ani jedna kropla. Och, jakże pragnęła umrzeć. Jakże pragnęła by te ściany runęły. Zamknięta w pustce, w której nie było nic. Nie było życia, nie było śmierci. Nie było smutku i nie było radości. Nie było miłości i nie znaleziono miejsca dla nienawiści. Był tylko chłód. I pusta przestrzeń...i jej złamane serce. Nic oprócz jej własnego pokruszonego na drobne kawałeczki serca.
A życie miało być tak piękne. Miłość miała niszczyć wszystkie przeszkody. Jakże bolesna okazałą się rzeczywistość.
*-*-*-*
Obudziłam się przykryta cieplutką kołdrą w ładnym apartamencie. Serce biło mi jak młot. Przez sekundę nie widziałam białej pościeli i morza za oknem. Widziałam pustą i brudną londyńską uliczkę. Potrząsnęłam głową. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na Syriusza, który wciąż śnił obok mnie. Nie przejął się moją delikatną sugestią by spał na kanapie. Po co? Jest łóżko! Walnięty zboczeniec.
Wstałam i ruszyłam pod prysznic. Zimna woda otępiła moje zmysły i skutecznie mnie rozbudziła. Przebrałam się i wyszłam. Black nadal spał. Zabrałam swoją torebkę i zamknęłam za sobą drzwi. Chciałam robić cokolwiek byle nie tracić czasu. Nie wiedziałam ile go zostało Alice. Wciąż dręczyły mnie złe przeczucia. Pozdrowiłam uśmiechem kobietę w recepcji, chciała chyba ze mną zagadać ale wyszłam zbyt szybko. Powodem dla, którego wylądowaliśmy w tym mieście była największa biblioteka czarodziejskiego świata mieszcząca się w samym centrum miasta. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będę wstawać wcześnie by iść czytać książki?
Mewy latał dziś wyjątkowo nisko. Morska bryza wiała mi prosto w twarz, jednak mi to nie przeszkadzało. Wszystkie odczucia były pożądane. Chciałam czuć, że wciąż żyję.
Wsiadłam do miejskiego autobusu i zakupiłam za mugolskie pieniądze bilet. Nie minęło dużo czasu gdy wysiadłam przed wielkim wieżowcem, który wyglądał jak kryształowy szpikulec. Obok niego był pusty plac gdzie widniały fundamenty kolejnego budynku. Bez oporów ruszyłam w stronę owej budowy. Zatrzymał mnie pan z budki robiący chyba za ochroniarza.
-Tu nie można wchodzić!- zawołał, spojrzałam na niego zaskoczona. Dostrzegłam różdżkę wystającą z jego kieszeni.
-Ja do biblioteki.- odparłam spokojnie, mężczyzna widocznie się uspokoił i podniósł szlaban. Gdy go przekroczyłam natychmiast obraz jaki wcześniej widziałam zniknął. Budowa zamieniła się w piękny nowoczesny budynek. Ruszyłam chodnikiem po którego bokach zasadzone były ozdobne krzaki.
Niski pulchny pan w okrągłych okularach zaprowadził mnie do korytarza bez końca. Tak przynajmniej mi się wydawało. Wysokie pułki wyłożone aż po sufit wszelakimi tomami. Odniosłam wrażenie, ze tak wyglądało by niebo Remusa. Bynajmniej niezadowolona wzięłam się do pracy. Wszystko końcu było lepsze niż zastanawianie się nad tym czy mogłam coś zrobić.
Nie zajęło mi dużo czasu by zorientować się, ze autorzy uwielbiali unikać wymienianie jakichkolwiek mistrzów poza Merlinem. Unikali także jakichkolwiek wspomnień o Odbiciach czy Magicznym Lustrze uznając zgodnie, że są to twory niezrozumiałe o bardzo gwałtownej naturze. Fakt, ze byłam tak ograniczona, ze nie potrafiłam sobie wyobrazić złowrogiego lustra nieco przeszkadzał mi w zrozumieniu niektórych tekstów.
Siedząc tak zawalona tomami zauważyłam jedną rzecz. Moja wyprawa która miała zająć godzinkę bodź dwie odebrała mi cały dzień. Słońce chyliło się ku zachodowi. Klnąc i potykając się na przemian odniosłam wszystkie tomy i niemal biegnąc wydostałam się z budynku. Black prawdopodobnie mnie zabije. Na pewno mnie zabije.
Weszłam do hotelu, przywitałam się z recepcjonistką i szybkim krokiem ruszyłam na górę. Nacisnęłam klamkę na szczęście drzwi były otwarte. Jednak szybko radość mi przeszła. Gdy tylko przekroczyłam próg zauważyłam przystojnego chłopaka siedzącego z miną Al Capone na fotelu i celującego we mnie różdżką. Czyżby naprawdę próbował mnie zabić?
-Black...możesz to opuścić?- warknęłam, Łapa chwile łypał na mnie jakby rozważając jakieś wyszukane tortury.
-Gdzie Ty do cholery byłaś, co?- odparł, chwile mierzyliśmy się wzrokiem.
-W bibliotece. - Syriusz chyba próbował się wściekać jednak różdżka szybko opadła na ziemię. Wyglądał na nieco wymiętego.
-Łapo czyżbyś się martwił?- zapytałam niewinnie, Syriusz jęknął.
-Ktoś tak przystojny jak ja nie będzie się martwił o jakąś pięciolatkę. Nie jestem pedofilem.
-Kłamiesz Black, jesteś zboczeńcem i oboje to wiemy. - przerwałam mu i podeszłam do lodówki w kącie.
-Czy jesteś też zbyt przystojny na jedzenie bo robię sobie kanapkę i może chcesz...- urwałam zaskoczona bo czyjeś ramie objęło mnie z tyłu i przycisnęło do siebie. Wyraźnie czułam bicie serca Łapy.
-Syriusz...Co Ty...- zaczęłam ponownie nieco wytrącona z równowagi. Jakby natychmiast wszystkie myśli z mojej głowy uleciały pozostawiając jakieś niejasne uczucie, które wydawało mi się nie na miejscu.
-Jesteś najbardziej rozkapryszonym, rozpieszczonym bachorem jaki chodził na tej ziemi.- usłyszałam cichy głos Blacka. Dotknęłam delikatnie jego dłoni, która zacisnęła się na moim biodrze.
-Miło, że po tylu latach ktoś mnie poznał na tyle, by dostrzec we mnie moje prawdziwe ja. - odparłam.
-Zamknij się.- uciął Łapa, chwile byłam oburzona.
-Black jak śmiesz kazać mi się zamknąć? Sam głosisz monologi o swojej wspaniałości bez przerwy,
-Bo ja JESTEM wspaniały i idealny Meadowes. A teraz po prostu się zamknij, życie było by idealne gdybyś się nie odzywała. - spróbowałam się wyrwać ale okazało się, że Syriusz ma całkiem mocny chwyt. Odwrócił mnie do siebie przodem w jakiś dziwny sposób tak, ze niemal nie dotknęłam ziemi. Przez chwile wiedziałam już co się stanie i gdy tym razem mnie pocałował nie byłam już w takim kompletnym szoku jak za pierwszym razem. Moja głowa była tak pełna emocji, że nie pozostawało w niej miejsca na żadne myśli. Po co komu myśli. Miały one do mnie wrócić. Jednak gdy byłam blisko Syriusza jakimś dziwnym sposobem nie musiałam rozumować. Nie musiałam robić nic oprócz poruszania wargami i pomagania mu w rozpięciu mojej koszuli. A nie było to jakieś szczególnie trudne zajęcie.
Moje kolejne przebudzenie było bardzo podobne do ostatniego. Z tym, że tym razem byłam zupełnie naga, a znajome dwu tonowe ramie obejmowało mnie w pasie. Tym razem mnie nie dusiło. Poświęciłam chwile by zastanowić się nad ostatnim wieczorem i przypomniałam sobie, z nie jadłam nic oprócz śniadania poprzedniego dnia. Mój żołądek wygrał podniosłą serenadę na cześć swojej wymarzonej kanapki. Ramię Blacka się poruszyło i nacisnęło mocniej jakby knując jakiś tylko sobie znany plan mający pozbycia mnie jedzenia. Poruszyłam się delikatnie w stronę krawędzi łóżka. Syriusz mruknął coś i poruszył się gwałtownie. Musiał się obudzić, odruchowo zamknęłam kurczowo oczy i zaczęłam udawać, że śpię. Moje małe przerażone JA nie chciało patrzeć mu w oczy, a drugie przerażone JA było oburzone jak u diabła mogłam się przespać ze swoim najlepszym przyjacielem. Powodów mogłam wymyślić kilka ale każdy wydawał mi się mało ważny. Zdecydowanie wczorajsza noc nie powinna mieć miejsca. No i zdecydowanie nie mogłam udawać, że nie miała.
Po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że wszystko jak zwykle jest winą Syriusza bo to on jest winien głodowi na świcie, wojnom i AIDS a poza tym to on wczoraj pierwszy sięgnął do mojego zapięcia od stanika. Ja bym broń Boże nie wpadła na taki pomysł. Black zdjął ze mnie dwu tonowe ramię i chwile obserwował jak „śpię”.
-Dorcas jesteś cholernie kiepską aktorką. Widzę, że nie śpisz.- powiedział w końcu. Zacisnęłam mocniej powieki.
-Dorcas NIKT nie śpi z tak napiętymi mięśniami, chyba, że ma jakiś atak. A ja widzę, że nie śpisz bo parę minut temu próbowałaś się wyczołgać z łóżka.
-Nie kłóć się ze mną ja śpię i jestem znakomita aktorką.- powiedziałam w końcu, Łapa zachichotał tylko.
-Fatalną. -poprawił mnie przeciągając sylaby. Uchyliłam nieco powieki by zorientować się, że jego czarne włosy są tylko parę centymetrów ode mnie. Gdybym chciała mogłabym bez problemu go uderzyć.
-Znakomitą, Syriuszu. Możesz marzyć tylko o moim talencie.
-Ale go nie masz. A ja mam go aż nadto. - chwile próbowałam być wściekła ale rumieniec na moich policzkach nie wynikał jednak ze złości ale zakłopotania i zażenowania. Wolałabym jednak mieć coś na sobie a nie być kurczowo owinięta kołdrą. Spojrzałam tęsknie na drzwi od łazienki. Chce się umyć.
-Uroczo się czerwienisz jak mała dziewczynka, która dostała buziaka w policzek.- jęknęłam. Mus to mus. Musiałam się podnieść.
-Spadaj.
-Ideały nigdy nie spadają. My unosimy się w powietrzu pośród eteru.
-Podaj mi z tego swojego eterowego świata koszulkę.
-Zdecydowanie odmawiam. Po pierwsze moim skromnym zdaniem wszystkie kobiety powinny zrezygnować z chodzenia w koszulkach, po drugie nie mam zielonego pojęcia gdzie jest.
-Oczywiście...czyli twierdzisz, że pani profesor Sprot wyglądała by świetnie bez bluzki?
-Dorcas jak śmiesz miażdżyć moją piękną wizję!- obruszył się, zaśmiałam się tylko. Po tym niezbyt inteligentnym dialogu poczułam się nieco lepiej.
-Jak masz z tym taki problem to zamknę oczy.- obiecał w końcu. Ucieszyłam się i ruszyłam do łazienki. Zamykając drzwi wolałam nie widzieć, ze wcale nie miał zamkniętych oczu. Bo nie miał... czasem lepiej jest udawać.
Zjedliśmy śniadanie zręcznie omijając fakt, że zdecydowanie nagięliśmy zasady przyjaźni i ruszyliśmy na dół. Przy ladzie stał wysoki mężczyzna z blond włosami związanymi w kucyk. Black nie zważając na niego zszedł na dół, ja natomiast zaszokowana stanęłam w miejscu wpatrując się w blondyna.
-Dorcas idziesz?- zapytał zniecierpliwiony Syriusz. Blondyn drgnął na dźwięk mojego imienia i podniósł wzrok, który od razu zatrzymał niestety na mnie. Jego stalowe oczy zalśniły jak sztylet, który miał zaraz wbić się w ofiarę. Wargi ułożyły się w złośliwym uśmiechu.
-Właśnie Dorcas...idziesz?- zapytał nieco rozbawiony tą całą sytuacją. Syriusz dopiero teraz zwrócił na niego uwagę. Przeniósł na mnie zaskoczone spojrzenie podczas gdy ja próbowałam się opanować i nie złapać pobliskiego pogrzebacza z kominka i nie przyłożyć intruzowi prosto w twarz.
-Co się tu sprowadza, Lucjuszu?- powiedziałam tylko. Lucjusz Malfoy sekundę lustrował mnie wzrokiem i zatrzymał go na sekundę na malince widniejącej na mojej szyi, której nie chciało mi się ukrywać.
-Nie dzwonisz, nie piszesz. Chciałem tylko zapytać jak sobie radzisz.- zeszłam ze schodów i pozdrowiłam go radosnym uśmiechem.
-Nadal mam nadzieję, że udławisz się czymś przy następnym posiłku. - oznajmiłam po czym odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi. Black chwile zabijał się wzrokiem z Lucjuszem ale szybko mnie dogonił.
A Malfoy został w recepcji chwile wodząc wzrokiem po naszych sylwetkach.
-Urocza para, prawda?- zaćwiergotała recepcjonistka, chyba nie wiedząc jak się zachować. Mężczyzna uśmiechnął się chłodno.
-Wręcz przeciwnie.- skomentował beznamiętnie po czym bez pożegnania oddalił się stykając obcasami swoich nowych, czarnych butów.
Lata później.
-Witam Minewro co Cię do mnie sprowadza?- zapytała Dorcas Meadowes wpatrując się w swoją była nauczycielkę transmutacji. Starsza kobieta chwile wpatrywała się w nią przez sekundę dostrzegła w niej cień tamtej dziewczyny, którą pamiętała. Ta pełną energii, która dostarczała ja innym gdy każdy już miał się poddać. Jednak ten cień szybko zniknął. Przed nią stała samotna brunetka opętana pragnieniem odzyskania wspomnień, które były przecież tak bolesne. Kobieta, która ponownie pogrążała się w tamtych tajemnicach, które nigdy nie powinny pozostać odkryte.
-Pamiętasz Remusa Lupina?- zapytała od wejścia. Dorcas przez sekundę wydawała się zaskoczona tym pytaniem.
-Mgliście. Czemu pytasz?
-Był twoim przyjacielem. Bardzo bliskim. - kontynuowała Minewra, kobieta nie rozumiała do czego zmierza. -Jak wiesz zmarł parę lat temu. Jego syn potrzebuje domu. - dodała, Dorcas zamrugała.
-Słucham? - powtórzyła słabym głosem, Mcgonagall odsunęła się na bok. Za nią stał mały chłopiec mający może trzy latka. Miał w tej chwili czerwoną czuprynę i piwne oczy. Właśnie te oczy zaparły na chwile jej dech w piersiach.
-Myślę, ze jesteś mu to winna.- dodała Minewra ostrzegając szok na twarzy Meadowes. Kobieta pochyliła się niepewnie i przyklękła przy chłopcu.
-Mam na imię Dorcas, a Ty?- zapytała. Te oczy tyle jej przypominały. Przez chwile wydawało jej się, ze jest parę lat wstecz i znowu przebywa w towarzystwie Remusa Lupina. Nie pamiętała wspólnie spędzonych chwil, ale wiedziała jak się wtedy czuła. Czuła, że była wtedy na właściwym miejscu. Dawno zapomniała to uczucie.
-Jestem Teddy. - odparł chłopiec i na oczach wszystkich jego czerwone włosy zmieniły swoją barwę na fioletową.
Kilka kilometrów dalej.
Wysoki mężczyzna w okularach trząsł się ze wściekłości.
-Chcesz powiedzieć, że oddała Teddiego pod opiekę kobiety, która nie jest pewna nawet własnego nazwiska?!- wrzasnął uderzając pięścią w stół. Molly Wesley spojrzała na swojego syna- Charliego- który właśnie zakomunikował Harremu tę wiadomość.
-Ale za to jakiego nazwiska.- odparł Wesley. Zapadła cisza. Harry nie miał pojęcia kim była Dorcas Meadowes. Nie wiedział o niej nic oprócz tego, że kiedyś była w Zakonie Feniksa a potem zniknęła i została uznana za zmarłą. Nie budziło to w nim specjalnych emocji. Ot kolejna czarownica, która najprawdopodobniej uciekła przed Voldemortem. Molly spoglądała na mężczyznę nieco zaniepokojona. Zmieniłby zdanie gdyby dowiedział się wszystkiego...jednak całą historię znała jedynie jedna osoba. I ta osoba bezwiednie wypierała właśnie te wspomnienia w najdalsze zakamarki świadomości.
...niektóre wspomnienia są po prostu zbyt bolesne.
-=-=-=-=-=-=
Biorę udział w konkursie blogowym na stronie http://recommended.mylog.pl/site/konkursy pod numerem 17. Jeśli macie chwile byłabym wdzięczna za głos.
Ta oto notka jest wyjątkowo ze specjalną spóźnioną dedykacją dla http://crooked-thought.myspot.pl/, pozdrawiam ;)
Rhiannon
Nastrój:
tagi: